mototour.pl trasy motocyklowe miejsca przyjazne motocyklistom zloty motocyklowe

Bośnia, Czarnogóra, Albania w 10 Dni

+ 58
+ 54

Miejsce: Bośnia, Czarnogóra, Chorwacja, Albania
Trasa: Szosa
Długość trasy: 4800 km
Średnie spalanie: 5,3 L (dl-650)
Opony: Conti Trail Attack
Koszty paliwa: 1380 zł
Koszt noclegów: 400 zł

( Dodaj opinie )

 

 

 

Kraje do przejechania to ; Polska, Słowacja, Węgry, Bośnia, Czarnogóra, Chorwacja, Albania.

Motocykle, Maciek Suzuki DL- 650, oraz Michał Honda Transalp 650 ( takie same niebieskie a zupełnie inne).

W planie! – zobaczyć, zwiedzić, dopchnąć, wykąpać się, posmakować, krzywdy sobie nie zrobić:

- Bośnia i Hercegowina(w planie Sarajewo – zwiedzenie miasta, ulica snajperów. Mostar - most wybudowany nad rzeką Neretwa, starówka. Wodospady Kravica, Śmiganie krętymi drogami w górach.)
Czarnogóra ( w planie Plaże Montenegro, Park Durmitor, Kanion Tara, Most Tara, śmiganie po Czarnogórskich serpentynach
- Albania (w planie Góry Przeklęte, zdobycie wioski Teth, Plaże Albańskie, rejs promem jezioro Komani, Park Valbone, dalszy ciąg śmigania po serpentynach.

 

 

1 Dzień

wyjazdu: Olsztyn piątek godz.: 12/00.

Wsiadam na Dl-a i pędzę w stronę W-wy. W połowie drogi tankowanie, okazuje się że nie zabrałem karty płatniczej, płacę gotówką, zaciskam ze złości zęby, lecę dalej do towarzysza Michała, Według ustaleń spotykamy się na Shellu, po gorących uściskach humory nam dopisują więc lecimy dalej, startujemy w stronę granicy Polsko- Słowackiej. Pierwszy nocleg mamy w Rabce zdrój N49 34.186 E19 59.036 koszt 30 zł. (od głowy).

 

 

2 Dzień

dzień: sobota rano,

Mocno rano o 4/00 pobudka, analizujemy trasę i w drogę, jeszcze tylko tankowanie na Polskiej ziemi i cała naprzód, kierunek na Budapeszt, tempo dosyć sprawne, tam gdzie się da, trzymamy 130-/140 pogoda łaskawa, jak się okazało bez deszczu do samego powrotu. Około południa wjeżdżamy w stolicę Węgier, nacieramy przez centrum, trochę rozrywki i rozluźnienia w korkach między samochodami nam się przyda. Po drodze kilka fotek i dalej z Budapesztu na Osiek w stronę Sarajewa. Niestety do stolicy Bośni nie udaje nam się dotrzeć, o 21/00 po przejechaniu prawie 1000 km kapitulujemy i szukamy noclegu na gwałt. Ciemno, obce państwo szukamy miejsca w przydrożnych hotelikach, pensjonatach. W końcu po czwartej, piątej próbie mamy miejscówkę, zaciszne miejsce koszt 10Euro (od głowy) – Zostajemy. (N43 57.273 E18 21.092)

Szybka kolacja, analiza trasy na następny dzień i śpimy.

 

3 Dzień

Nazajutrz 5/00 pobudka, plan napięty wiec nie ma co się opieprzać, szukamy właściciela hotelu, aby otworzył Nam garaż i oddał motorki. Chwila konsternacji – wszyscy śpią, nikt na nasze wołanie się nie odzywa. Po chwili wychodzi nie wiadomo skąd starszy uśmiechnięty Pan, zdziwiony że tak wcześnie wyjeżdżamy.

 

Jeszcze tylko chwila pogawędki, podziękowania i na drogę dostajemy od właściciela po małej butelce coli, cóż za miły gest, zaczynamy doceniać gościnę w obcym kraju. Poranek ponownie słoneczny, dojeżdżamy do zaplanowanego Sarajewa. Miasto, które zostało założone w 1462 roku przez Turków, ale my je znamy jako miasto, które było oblegane przez Bośniackich Serbów. Ofensywa rozpoczęła się 6 kwietnia 1992 roku, a blokada miasta trwało do końca października 1995r. Przez trzy lata było nieustannie ostrzeliwane z okolicznych gór, a kontakt ze światem zewnętrznym został praktycznie kompletnie odcięty. Do dziś dnia widoczne są ślady wojny, a ulica snajperów na której są wieżowce z widocznymi dziurami po kulach, robią naprawdę wrażenie.

 

 

 

Kręcimy się po mieście robiąc fotki, a potem zaczynamy szukać drogi wylotowej w stronę Mostaru. Po drodze miłe zaskoczenie, nie świadomi wpadamy w wir tysiąca zakrętów w malowniczym górzystym krajobrazie. Widoki zapierają dech, co chwilę zatrzymujemy się na foto. Jakość dróg super! I to są właśnie chwile dla których naprawdę warto żyć. Z podniecenia nie bolą nas tyłki, nie jesteśmy głodni i nawet upał nam nie dokucza

Ciesząc się widokami dolatujemy do magicznego miasta Mostar.

O tym mieści można by było pisać i pisać, jedno jest pewno urokliwe miasteczko leżące nad rzeką Neretwą w Bośni, które zostanie długo w naszej pamięci. Symbolem miasta jest kamienny most z XVI w. odbudowany po wojnie i wpisany na listę Unesco. Zwiedzamy, oglądamy i fotografujemy.

 

 

W związku z tym że zostało trochę czasu, udajemy się na małą kąpiel. Na Bałkanach w Adriatyku każdy może się wykąpać, ale kąpiel w krystalicznych ciepłych wodach wodospadu Kravice to już nie zły luksus.

N43 09.364 E17 36.563

Po małych poszukiwaniach dojeżdżamy na miejsce. Omijając szlaban zjeżdżamy wąską, szutrową drogą w dół pod same koryto wodospadu. No cóż warto było, woda cieplutka przejrzysta, szum spadającej wody dopełnia nasze szczęście. Pluskamy się jak małe dzieci.

 

 

Zbliża się wieczór, a więc dalej w drogę. Następny przystanek to nocleg zaplanowany w Czarnogórze w miejscowości Żabliak. Po drodze spotykamy w Dubrowniku chłopaków z Polski na Transalpie i Africe. Lecą podobną trasą co my, więc umawiamy się na spotkanie już w Albani i zdobycie razem wioski Tetch- bo jak to mówią w kupie raźniej.

Późny wieczór a my walczymy. Tempo żwawe, po drodze trafiamy na odcinek około 80km takich ciasnych zakrętów że już zacząłem się martwić, że nigdy się nie skończą. Momentami redukowaliśmy do jedynki i tak w kółko, fan był nie zły,

W Czarnogórze zaskoczyła nasz świetna jakość dróg, a widoki przypieczętowały nasze zadowolenie.

 

Około godz. 22/00 dojeżdżamy do Żabliak. Na gps-ie mam jakieś pole biwakowe, ale decyzja zapadła, że szukamy kwatery. Jest chłodno, jesteśmy zmęczeni, ale na szczęście przy drugim podejściu mamy nocleg za 8 Euro od głowy N43 09.077 E19 07.605

 

4 Dzień

Ranek przywitał nas pięknym słońcem, więc wstajemy rychło w czas. Jeszcze przed wyjazdem zmieniamy tylną oponę w transalpie na Mitasa e09 (ta kostka ma być ponoć mocno przydatna w Albani )

 

Miasteczko Żabliak jest nieduże i bardzo malownicze, przypomina mi nasze Zakopane, (tylko ludzi sporo mniej :), Świetne też miejsce na wypad z rodzinką i rowerami.

 

Na początku udajemy się w widokowe miejsca w stronę Małej Czarnogóry N43 10.682 E19 04.145 Świetny asfaltowy dojazd na wysokość około 2 tyś. m (przepiękne widoki)

 

Dalszy ciąg zwiedzania Czarnogóry to Most nad rzeką Tara. Niesamowite miejsce z którego rozciąga się widok na największy kanion w Europie, a ściany kanionu dochodzą do wysokości 1300m. W bezpośredniej bliskości znajdują się dwa parki narodowe - Park Narodowy Tara oraz Park Narodowy Durmitor. Sam most też ma swoją historię, został wzniesiony w latach 40-tych przez inżyniera Mijata S.Trojanovicia jako największy obiekt tego typu w Europie. Most próbowano wysadzić, a sprawca tego czynu został rozstrzelany (na moście) w 1942 roku. Jest też pomnik.

 

Oczywiście pod mostem w rzece Tara (prowadzi do niej szutrowa dróżka ) nie omieszkaliśmy się wykąpać i orzeźwić. Znajduje się tam też ciekawy camping (z widokiem na most) N43 08.711 E19 17.768. Następnie ruszyliśmy wzdłuż kanionu, aby jeszcze się trochę pozachwycać.

 

Długość kanionu to około 100 km i jest naprawdę co oglądać, niestety zdjęcia oddają tylko namiastkę tych pięknych gór.

 

Dzień nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Miesiąc wrzesień to świetny czas na śmiganie po Bałkanach choćby ze względu na niższe temperatury, ale niestety też szybciej zapada zmrok. o 19 /00 już się ściemniało co skracało nam dość mocno możliwości przemieszczania się.

Tego dnia mamy w planach nocleg dopiero pod granicą Albańską. Docieramy do jeziora Szkodarskiego (jego okolice zostały uznane za park narodowy). Tam też zostajemy na noc (hotelik przy trasie, koszt 10 Euro od głowy), chyba w jedynym hotelu jaki był.

 

Przed dojazdem do hotelu zaopatrzyliśmy się w arbuzy, melony, figi i napoje procentowe. W tej części świata to niewielki koszt, a uzupełnienie minerałów i witamin było konieczne.

 

5 Dzień

Kolejny dzień i znów pobudka o godz. 4/30 (jeszcze ciemno). Dziś w planie ambitnie - zdobycie wioski Tetch, następnie powrót przez Pulti do Shkoderu (podobno droga jest nie przejezdna dla aut) i dalej na campig do Komani. Szybkie śniadanie i start. Lecimy żwawo wraz ze wschodem słońca. Na granicy dość sprawnie poszło, podjeżdżamy pod dystrybutor, tankujemy nasze niebieskie osiołki i robi się wesoło, bo nie możemy się dogadać z Panem co do doboru paliwa. Wąchamy, aby nie było pomyłki i tankujemy, płacimy w ero i lecimy dalej. Grupki dzieci nas pozdrawiają nikt nie rzuca w nas kamieniami, choć czytałem o takich incydentach.

Biały pył szybko pokrywa nas i motocykle, mamy pewność, że jesteśmy w Albanii !! Co chwilę ktoś trąbi, szybko akceptujemy styl jazdy Albańczyków i staramy się wmieszać w tłum( czytaj: trąbimy, wymuszamy pierwszeństwo, wjeżdżamy pod zakazy, ale przy tym baczenie obserwujemy i analizujemy zachowanie uczestników ruchu ). Przełączam w gps-ie na mapę Albanii co prawda bez autorutingu, ale miejscowości są więc lecimy na azymut. Obieramy kierunek na Góry Przeklęte (wioska Tetch). Tetch zimową porą jest odcięta od świata i jest w samym środku Parku Krajobrazowego.

Początek jest spokojny, droga kręta, ale asfaltowa i dość równa, humory nam dopisują, mamy dobry czas i dobre tempo, co chwilę pauza na foto, zasilenie się wodą i w drogę.

 

Jedziemy i jedziemy i po chwili koniec czarnego, zaczęły się szutry. Po drodze spotykamy Austryjaczkę na Hondzie XR 650 r. Pytamy: jak tam wyżej?, jak droga? Trochę nas niepokoi, bo mówi, że dojechali do wioski i zawrócili, bo kamienie tak duże, że nie dało się jechać. Choróbka, a my na naszych komediach chcemy dotrzeć na drugą stronę. No i miny nam trochę zrzędły, Ale nic! twardym trza być! nie poto montowałem w dl-u osłony pod silnik z 3mm blachy, żeby bać się jakichś kamieni . W Transalpie opony kostki specjalnie założone na tą okazję, decyzja zapadła- walczymy !
Lecimy dalej. Żwawo wspinamy się krętą dróżką do celu i w sumie nie jest tak źle, Jazda na stojąco i upał trochę daje się we znaki, ale droga całkiem znośna. Widoki rekompensują nam niedogodności.

 

 

Droga do wioski Theth wije się nieskończoną ilością zakrętów oraz zjazdów i wjazdów. Na ostrych nawrotach trąbimy co chwilę, aby dać znać nadjeżdżającym z przeciwka. Czujemy się trochę bezpieczniej, choć niczym nie osłonięte strome zbocza nie przekonują.

Około godz. 13/00 dojeżdżamy do wioski. Jesteśmy trochę zmęczeni, ale jakże zadowoleni. Mały odpoczynek, łyk wody, kilka fotek i cóż ruszamy dalej. Dalej, czyli kierujemy się na Pulti do Shkoderu. Co by nie mówić droga i humory nam się ździebko z tonowały. Kamienie chwilami zamieniły się w głazy, a podjazdy zrobiły się bardziej strome i dłuższe. No i do tego przecinamy co chwilę potoki, a momentami dl – prosi o litość. Osłona pod silnikiem po trzech potężnych uderzeniach skapitulowała (oj co by było gdym jej nie miał), a Ja momentami zaczynam zazdrościć mojemu kompanowi opon z bieżnikiem kostki. Ale cóż -on ma to samo jak śmigamy po gładkim czarnym z dużą ilością winkli. A więc dalej atakujemy z przytupem, a z każdą godziną i z każdym kilometrem jest ciężej. Na dodatek skończyła nam się woda. SZOK ! jeszcze nigdy wcześniej do takiej sytuacji nie doszło. Czuje jak mój organizm wariuje, zaczynam dostawać drgawek jak był miał gorączkę. Około godz. 15/30 robimy odpoczynek. Analizujemy sytuację ( żaden z nas nie robi już zdjęć, brakuje drobnych żarcików) i skupiamy się na mapie z gps-em, tak aby nie błądzić i dojechać przed zmrokiem do cywilizacji i zaczerpnąć wody.

 

 

Teraz już wiemy dlaczego albańskie szczyty nazwane zostały górami przeklętymi. Rzeczywiście są piękne, ale zarazem dziki i niedostępne.

O godz. 17/30 docieramy do wioski, do cywilizacji. Pierwsze kroki kierujemy do pierwszego z brzegu budynku. Wchodzimy w milczeniu i pierwsze nasze słowa, które obaj żeśmy z siebie wytchnęli chórem to: WODY. Z uśmiechem na twarzy gospodarz podaje nam upragnioną wodę, a My pijemy, pijemy i pijemy jak już się napili to podziękowali, popatrzyli na siebie i pojechali jak gdyby nic się nie stało. Dojeżdżając do Shkodaru humory nam wracają. Po drodze wjeżdżamy w każdą kałuże, ochlapując się nawzajem. Oj jak miło mieć mokre spodnie, mokro w butach i cokolwiek mokrego.

Co by nie mówić mieliśmy nauczkę, aby się lepiej przygotować z napojami. Po drodze zajeżdżamy do pierwszego sklepu i uzupełniamy braki w prowiancie oraz w wodzie ,

Decyzja twarda, bo jest późno, a przydałoby się rano znaleźć na promie do Komani, więc lecimy.

Godzina 20/30 na liczniku od rana 243 km, czas jazdy 12 godz. 28 min, a średnia prędkość 20 km/h. Kiedy dojechaliśmy na camping w Koman, właściciel (przemiły człowiek) na wejście częstuje nas browarem, a widząc nasze zmęczenie pokazuje gdzie mamy się rozbić.

 

Rozstawiamy namioty, a przy nurcie sąsiadującej rzeki delektujemy się baraniną zaproponowaną przez naszego gospodarza.

 

6 Dzień

Na szczęście kolejnego dnia mogliśmy trochę pospać, bo prom odpływał o 9/00, a do tego właściciel campingu zapewnił nas, że jego goście mają pierwszeństwo wjazdu. Tak więc spokojnie zrobiliśmy poranną toaletę, zjedliśmy śniadanko i ruszamy na rejs.

Start Prom N42 06.535 E19 49.638

Jezioro Koman to jedno z najpiękniejszych miejsc w północnej Albanii. Jest to akwen, który powstał po wybudowaniu zapory wodnej i elektrowni( A skoro to jezioro można przepłynąć promem należy w pełni z tego korzystać). Rejs trwa prawie 3 godziny(malowniczym wąwozem). Prom wypływa z miejscowości Breg-Lum i ma ograniczoną liczbę miejsc, a chętnych jest zazwyczaj więcej dlatego warto zjawić się w porcie odpowiednio wcześniej. Jeszcze tylko obowiązkowe zdjęcie z kapitanem i można zająć wygodne miejsce, aby nacieszyć gałki oczne.

 

Po trzech godzinach rarytasów kończymy rejs. Czas zjeżdżać. Plany nam się trochę zmieniły i zostawiamy w spokoju Park Valbons. Postanawiamy, że przyjedziemy tu na lżejszych sprzętach, a w związku z tym że jakość dróg asfaltowych okazała się nad wyraz dobra ruszamy na podbój miliona zakrętów w górzystej scenerii, Ja i mój V-strom byliśmy zachwyceni. To było czyste szaleństwo: zjazdy w dół i w górę i do tego zakręt za zakrętem a dobór opon (contotrialatak) na ten wyjazd był w 10- tkę.

Przed wyjazdem gdzieś czytałem, że Alpy są matką motocyklistów, ale tylko dla tych którzy jeszcze w Albanie nie byli i to chyba jest prawdą (każdemu gorąco polecam). A odnośnie Transalpa po winklach, no cóż powiem krótko – też se jakoś radził, znaczy szofer se radził, bo moto na kostkach chyba słabo .

 

 

Wieczorem dojeżdżamy nad morze do miejscowości Skutaj. Nocleg wybieramy w małym hoteliku (koszt 5 euro od głowy, a miejscówka praktycznie na samej plaży)

N41 48.382 E19 35.981

 

Jeszcze dziś wieczorem obowiązkowa kąpiel w morzu, którego woda miała chyba z 30 C. Świetne odprężenie, ale trochę zmartwiła mnie ilość śmieci. Jak to jest, że Albańczycy mają tak piękny kraj, a tak go śmiecą. Co było robić, po jakimś czasie można było tylko przywyknąć.

 

7 Dzień

Czwartek dzień relaksu, zresztą zasłużony, korzystamy z pięknej pogody i ciepłego jak zupa morza.

 

 

 

 

8 Dzień

Dziś poranne zdobycie albańskiej plaży i czas zrobić punkt zwrotny w stronę domu. Jeszcze tylko obowiązkowe foto i możemy ruszać, kierunek: Chorwacja, a cel jeziora plitwickie (na jeden strzał).

 

Po drodze jeszcze foto z przydrożnymi bunkrami, które można liczyć w setkach. Są rozsiane po całym kraju - na poboczach ulic i wzdłuż wybrzeża; w pobliżu szkół, w parkach i w szczerym polu. Małe jednoosobowe bunkry z betonu, które pojawiają się nagle, nie wiadomo skąd.

 

Czas pędzić, bo do celu jakieś 500km. Tempo mamy żwawe, a na granicach też bez większych problemu, więc nie próżnujemy. W połowie drogi wpadamy na autostradę i dojeżdżamy do Chorwacji (Plitwickie Jeziora). Jest wieczór więc szukamy noclegu, w zasadzie pierwsza kwatera i już śpimy za 8 euro w przyjemnym ciepłym łóżeczku.

 

9 Dzień

Rano tradycyjnie wczesna pobudka, a w planie zajechać do
Parku Plitwickich Jezior i dalej do Polski. Jak zaplanowaliśmy tak i zrobiliśmy. Co prawda w Parku nie zostaliśmy za długo ale zajechać i przypomnieć sobie było warto. Następnie ruszamy w stronę Zagrzebia i dalej na Budapeszt, aby przed wieczorem dotrzeć na Polską stronę.

Po drodze w Chorwacji zajeżdżamy do Karlovac- Miasta, które zasłynęło z ciężkich walk między Serbami i Chorwatami podczas Wojny Ojczyźnianej w 1991 r. Jest tam coś w rodzaju Muzeum Militarii. Miejsce robi naprawdę wrażenie.

N45 27.772 E15 34.061

 

 

10 Dzień

Miejsce ciekawe, a my przez chwilę poczuliśmy się jak Gustlik z czterech pancernych

Zabawki pierwyj sort, szkoda tylko że tyle bólu i cierpienia przyniosły.

Czas na nas, osiołki czekają aby je pognać w stronę domu.

Wieczorem dolatujemy do Rabki na liczniku 839 km, więc na dziś wystarczy.

Rano pobudka, bo czas zobaczyć się z rodziną. Z Rabki do Olsztyna przez Warszawę (bo tam nasze drogi z Kompanem Michałem się rozchodzą) to raptem 600km.

Niedziela godz. 14/00 docieram w końcu do Olsztyna.

Podsumowując 10 dni na Bałkanach, okazały się bardzo ciekawe z mnóstwem atrakcji i ciekawą kulturą. Z pewnością wrócim tam jeszcze.

 

 

Profil autora :
Maciej Szczepkowski
 
 

Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze   

 
+1 #7 Guest 2015-03-01 09:16
Super opis.Serdecznie pozdrawiam.
Cytować
 
 
+5 #6 Guest 2014-12-18 16:21
Bardzo fajna relacja i wyprawa :-)
Brakuje daty kiedy to było i fajnie byłoby dodać mapki na każdy dzień.
Cytować
 
 
+1 #5 Guest 2014-12-15 18:26
Cytuję :
A w basenie bedzie jakaś ładna blondyna?

hehe kto wie może i tak :)
Cytować
 
 
+2 #4 Guest 2014-12-10 23:28
Cześć
Świetny materiał naprawdę przyjemnie się czyta i ogląda zdjęcia. Jaki wyszedł koszt całkowity na osobę takiej wyprawy?
Cytować
 
 
+2 #3 Guest 2014-03-14 21:35
A w basenie bedzie jakaś ładna blondyna?
Cytować
 
 
+1 #2 Guest 2014-03-14 14:46
Aha bedziemy miec tez basen 7x4m z jacuzzi dla naszych gości :)
Cytować
 
 
+1 #1 Guest 2014-02-27 12:01
Witam i zapraszam do apartamentów mojej rodziny w Petrovac w samym centrum wybrzeża Czarnogóry:)

www.apartamenty-czarnogora.pl

Pozdrawiam :)
Cytować
 
mototour.pl: