Na Enfieldzie przez himalajskie wioski

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Do Manali stolicy hippiesów lat 60 tych dotarłem jakby trochę za późno. Był koniec września, ciągle lało i droga oficjalnie uznana została za zamkniętą. Od 3 dni padał nieustannie, intensywny deszcz i już samo wyjście na zewnątrz hotelu graniczyło z samobójstwem. Jazda w takiej pogodzie w góry??? To byłoby samobójstwo do kwadratu. Zagrożeniem był nie deszcz, ale osuwające się podczas deszczów lawiny, które bez problemu mogły zatarasować wąską na kilka metrów drogę w górach. Co więcej przelatujące kamienie wielkości autobusu nie należały do wyjątków. Innym poważnym zagrożeniem były zatory na drodze. Kiedy droga ma szerokość kilku metrów, a zaraz obok jest 400 metrowa przepaść wymijanie dwóch nadjeżdżających samochodów może trwać godzinami. Jeśli zrobi się korek, leje deszcz i zablokowało się kilkadziesiąt samochodów trzeba przygotować się na kilka godzin, albo czasem kilka nadplanowe dni w górach. Na moje pytanie jak można dotrzeć do Leh wszyscy opuszczali beznamiętnie głowy, potem spoglądali w niebo. Niebo było jednak zachmurzone. Cóż było robić – musiałem czekać.

Manali oferowało  za to wiele atrakcji. Życie małego turystycznego miasta w północnych Indiach, ale za to wielkiego kurortu porównywanego z polskim Zakopanem, mekki dla nawiedzonych toczyło się swoim rytmem i podporządkowane było napływającym falom turystów. Wydawało się, że każdy może znaleźć coś ciekawego w tym miejscu. Hindusi przyjeżdżali tu aby zobaczyć pierwszy raz w życiu śnieg i poszaleć i zaszpanować z małżonkami. Mieszkańcy sąsiedniego stanu Jammu, gdzie była prohibicja przyjeżdżali do Manali napić się na zapas rumu, ginu i czystej wódy. Siedzieli tygodniami w pokojach i obalali kolejne flaszki, wierząc z uporem maniaka ze osiągają tym oto sposobem nirwanę i nasiąkają na zapas jak gąbki. Wszystko przez to, że w niektórych stanach Indii alkohol był zakazany i panowała prohibicja. Tak było też w Jammu Kaszmir - stanie zamieszkanym głównie przez osoby wyznające islam. Przy okazji picia jak to muzułmanie, kręcili też swoje interesy.
Turyści z Europy traktowali Manali jako bazę wypadową w Himalaje. Niektórzy siedzieli tu miesiącami bo było tu ciepło, ale nie za ciepło jak w pozostałych częściach Indii. Było bezpiecznie, sprzedawano tanie żarcie i hoteli było tyle, że każdy mógł znaleźć coś pod siebie za niewielkie pieniądze, nawet za kilka dolarów. Były też inne pomysły na spędzanie czasu w Manali. Spotkany Anglik długo zachwalał staw z Manali, który podobno w Anglii należy do najlepszych i najdroższych i ma swoją ustaloną markę w pierwszej dziesiątce świata. Mówił:

- Konopie rośną wszędzie, zobaczysz to raj....bowiem hipole posadzili go w końcu lat 60 tych, tyle aby starczył dla każdego i po wsze czasy. Jego ceny są niższe niż za wodę z kranu, a w klubach w Amsterdamie trzeba płacić za to majątek.

Na drugi dzień, kiedy na chwile przestało padać udałem się do małego warsztatu położonego na granicach Manali i wypożyczyłem Royala Enfielda Classic 350. W zasadzie chciałem dostać  500, ale aktualnie wszystko było wypożyczone i na początek dali mi trochę wysłużony egzemplarz. Pewne było tylko to, że motocykl nie był w idealnym stanie technicznym. Miał uszkodzoną uszczelkę korka wlewu i tankowanie większej ilości benzyny powodowało ustawiczne ściekanie paliwa po pięknym baku. Sprzęgło się trochę ślizgało, hamulce były słabe, a tłumik strzelał co pewien czas niczym nieczynny wulkan, który ma znów ochotę obudzić się z długiej drzemki. Widać też było, że to jest motocykl po życiowych przejściach. Nie był to miastowy elegant, jeżdżący czasem na wycieczki po deptaku, ale górski sherpa z mozołem wnoszący od dawna ciężkie plecaki. Co więcej jego życie powoli dobiegało do końca.

Ze względu na nieciekawą pogodę samo jeżdzenie też nie było specjalnie przyjemne i możliwe. Nie chciałem już więcej jednak siedzieć i czekać na zmianę pogody. Poza tym chciałem się trochę przyzwyczaić do Enfielda i poznać jego zalety. Następnego dnia pojechałem na pierwszą wycieczkę Enfieldem, w lekkim deszczu w stronę Nagaru. W Nagarze  nie było w zasadzie nic ciekawego poza muzeum Rericha. Za to wszędzie rosły zielone krzaki marysi. Co więcej wszędzie rosły nie tyle roślinki co megalityczne drzewa trawy, wyrastające jak paprociowy las w epoce karbonu. Nie mam pojęcia czym zajmowali się okoliczni farmerzy i rolnicy. Czasami kobiety nosiły jakieś podobne krzaki, krzątały się niby bez celu, a faceci kręcili się nie wiadomo po co trzymając ręce w kieszeni i paląc papierosy. Kiedy stanąłem jednak przy jakiejś drodze na polanie aby zakręcić cieknący bak od benzyny, już po 2 minutach podszedł do mnie jegomość o przeciętnej urodzie, przeciętnym wzroście i przeciętnym  wyrazie twarzy i opuszczając lekko głowę i oczy zadał abstrakcyjne pytanie.

- Do you need something?

Hehehe... jak lubiłem tego rodzaju niekonkretne pytania. Ilekroć  w Indiach założyłem bawełniane spodnie i rozpięta koszulę, której czułem się najlepiej, wsiadałem na motocykl, zaraz podchodziły do mnie podejrzane typy i zadawały mi to pytanie Wszędzie powtarzało się to namiętnie. Czyż mogłem reagować na takie propozycje. Manalski staw był rzeczywiście mocny. Kiedy wieczorem wyszliśmy na miasto kupując w okolicznych knajpach jajka, papierosy, zajadając się zupkami i słodyczami dodatkowo zakupiłem długie cygaro, o dzwięcznej nazwie Churchill czułem się niczym władca całego kontynentu. Na drugi dzień jednak ból głowy był całkowicie deprymujący. Na szczęście deszcz przestał w końcu padać. Poza bólem głowy złapałem też kilka pcheł, stałych mieszkanek hotelu za 3 dolary, które nie dawały mi spokoju. No cóż hotel za 3 dolce zawsze mają w sobie różne niespodzianki. Nad ranem poszedłem do małego warsztaciku za mostem i zamieniłem Enfielda na nowy egzemplarz. Dzień  później na wypożyczonym nieco lepszym motocyklu jechałem już w kierunku przełęczy Rothang. Niedługo się miało okazać, że również i ten Enfield nie jest wolny od wad i niebawem zrobi mi psikusa. Co więcej chłopaki z warsztatu powiedzieli mi na odchodnym...

-Pamiętaj jeśli pojedziesz poza przełęcz Rothang musisz radzić sobie sam, nie pomożemy Ci. Tam są już najwyższe partie Himalajów i jazda może trwać w nieskończoność. Na szczęście w tym momencie wcale już o tym nie pamiętałem tylko pogryziony przez hotelowe pchły jechałem w górę, niekończącymi się serpentynami, a powiew wiatru łagodził objawy pogryzienia. Cóż było robić musiałem w końcu jechać jak najdalej...

Droga do Leh

Droga do Leh z Manali to tylko 470 km przez  najwyższe partie Himalajów. Teoretycznie 470 km to niewiele. Ale, żeby przejechać 470 km w wysokich Himalajach czasami trzeba przyjąć zupełnie inne kryteria oceny. Wszystko zależy bowiem od pogody i pory roku. Po drodze trzeba przebyć  bowiem 4 wysokie przełęcze położone nawet na wysokości 5300 m. Najwyższa z nich Taglang La, to jednocześnie 2 przejezdna droga samochodowa na świecie. Nikt tak naprawdę nie wie jak długo będzie jechał. Można  mieć szczęście i dotrzeć w 2-3 dni. Może się również zdarzyć, że po przejechaniu 200 km  dalszej drogi nie ma, bo na drodze leży głaz wielkości małego budynku i nikt tego nie może usunąć ani objechać. Sama droga jest na niektórych odcinkach uszlachetniona asfaltem. W większości  nie jest szersza niż na 1 samochód, więc kiedy dwa spotkają się  jadąc z naprzeciwka wymijanie trwa niekiedy godzinami. Oczywiście motocykl ma tutaj ułatwienie. Mimo, iż deszcze są tutaj rzadkością, a tereny są prawie pustynne czasem zdarza się, że wiejący monsun powieje mocniej i  deszcz pada 4 dni bez przerwy, zrywając mosty, drogę i kontakt z cywilizacją. Wtedy z wszystkich  najmniejszych strumyków robią się szalejące rzeki, które trzeba co chwilę przejeżdżać. Nie bez znaczenia jest tez wysokość i przygotowanie kondycyjne i aklimatyzacja. Normalnie bowiem powyżej 3,5 tys metrów zaczynają się zwyczajowo pierwsze objawy choroby wysokościowej. Z kolei pod koniec października normalne temperatury na tych wysokościach przekraczają 20 o C poniżej zera co razem z padającym śniegiem i wiatrem powoduje niemal całkowity zanik podróżowania. Co więcej droga zostaje oficjalnie uznana za zamkniętą.

 

Spotkani na  trasie Manali - Rothang budowniczowie dróg.

Pierwsza Przełęcz Rohtang pomimo, iż znajduje się na wysokości 4000 metrów na nikomu tak naprawdę nie robi wrażenia poza hindusami, którzy organizują specjalne wycieczki w celu dotknięcia śniegu. Czym jest śnieg dla hindusów?? Śnieg dla przeciętnego hindusa żyjącego w klimacie tropikalnym to zjawisko podobne do dotykania marsjanina. Na górze znajduje się kilka namiotów, w których można wypożyczyć ciepły kożuszek, kalosze i wypić czaj – indyjską odmianę herbaty z mlekiem. Hindusi są bardzo ciepłolubni i kiedy poczują pierwsze objawy chłodu (które w sumie są podobne do polskiej jesieni)opatulają się we wszelkiego rodzaju dostępne okrycia. Z tego powodu taki rodzaj działalności ma klientów głównie w hindusach. Z powodu śniegu przełęcz jest dla hindusów tym co giewont dla Polaków. Każdy robi sobie zdjęcie i szybko zbiega do autobusu, który zabierze go ponownie w bardziej normalne miejsce.

50 km dalej za przełęczą ostatecznie kończy się wszelka cywilizacja.Od tego miejsca najlepiej liczyć tylko na siebie i dobre wiatry. Ostatnie większe miasteczko to Keylong. W zasadzie 100 km od Manali ale z reguły jedzie się tam 10 godzin. 200 litrowa beczka mieszcząca się 6 m od drogi to również ostatnia stacja benzynowa na drodze do Leh. W Keylong znajduje się też kilka hoteli i sklepików sprzedających cokolwiek. W Keylong  postanowiłem  się na trochę zatrzymać i przygotować do dalszej wyprawy. Zatrzymałem się w hoteliku o  nazwie Snow Land . Już samo  wypicie herbaty po przejechaniu 100 km przez wertepy i strumienie jest przyjemnością wielką. W Hotelu u Tashiego była dodatkowo  świetna knajpka serwująca pożywne zupy i tybetańskie Ruchotse. Za niewielkie pieniądze zjedzenie całego talerza, to raj  sam w sobie. Poza objadaniem rozpocząłem też przygotowania do dalszej drogi. Niestety motocykl ciągle mi sprawiał problemy i nie wyglądał na najbardziej niezawodny. Przypominał mi polskiego junaka, miał też tylko jeden tłok i podobny ciężar. Dodatkowo niekiedy głucho parskał i na moment jakby wstrzymywał oddech. Było to ewidentnym objawem składu mieszanki ale nie miałem na tyle wystarczających narzędzi aby to wyregulować. Kiedy przejeżdzałem przez długi strumień kilka razy zgasł mi  i tylko przy moim największym wysiłku udało mi się go ponownie wyciągnąć ze strumienia.Oczywiście cały czas byłem zanurzony w wodzie, aż po kolona. Na szczęście na wypadek defektu nie pozostawało mi nic innego jak wezwać allacha i zrzucić go w przepaść. Mój osobisty warsztat  stanowił bowiem jeden śrubokręt i zapasowa bańka z benzyną. Na szczęście posiadałem plecak ,który na wypadek wpadki, mógł  uratować mój największy dobytek czyli aparat fotograficzny i śpiwór. Dodatkowo  przejechanie 400 km odcinka przez najwyższe partie Himalajów, samotnie  motorem nie na  każdym budziło  tak pozytywne uczucia. Już w wypożyczalni musiałem skłamać, iż jadę tylko na przełęcz Rohtang. Drogi jednak były prawie puste i tylko raz na 2 –3 godziny spotykałem jakąś ciężarówkę. Przejeżdżając pierwsze kilometry za Keylong czułem prawdziwa wolność. Byłem tylko ja i góry. Kiedy po kilku godzinach bezproblemowej jazdy dotarłem na przełęcz Baralacza La byłem zachwycony.Wokoło dominowały same 5 i 6 tysięczniki i wspaniały księżycowy krajobraz. Nie było już nawet namiotów sprzedających czaj  i nędzne czapati .. Od tego miejsca zaczynają się już tylko góry przypominające pustynny prawie bez roślinności krajobraz. Na szczęście nie miałem nawet objawów choroby wysokogórskiej. Oprócz zimna odczuwałem wspaniały rodzaj podniecenia i pozytywnego wzruszenia. Ta część Himalajów należy bowiem do jednej z najbardziej niesamowitej ale i niedostępnej krainy o fantastycznym, księżycowym krajobrazie, który na zawsze pozostaje w pamięci. Dalsza droga przebiegała już z górki do następnej przełęczy. Czułem się jakbym prawie już był na końcu drogi. Niestety po przejechaniu następnych 5 km coś nagle strzeliło i motor przestał wykazywać dalsze oznaki ożywienia. Była ciepła, letnia i rozgwieżdżona himalajska noc. Ciemność rozświetlały tylko gwiazdy. Próby zapalanie Enfielda na pych nie przyniosły żadnego rezultatu.
Następne 2 godziny spędziłem na poszukiwaniach przyczyn. Himalajskie niebo rozświetliło nad moja głową tysiące gwiazd. Byłem tylko sam ale czułem się tak mimo defektu wspaniale. Zasypiając w śpiworze szybko zapomniałem o wszystkim .

Nad ranem obudziłem się i zobaczyłem, że zbliża się do mnie mała ciężarówka.Wyskoczyłem ze śpiwora  i pobiegłem na drogę. Kierowca zatrzymał się i zaczął ze mną rozmawiać. Był obrośnięty jeszcze bardziej ode mnie i wcale prawie mnie nie zdziwiło kiedy otworzył skrzynię ładunkową i przekonał mnie, że nie mam szans naprawić tutaj motocykla ..Następnie razem wtoczyliśmy motocykl na pakę. Zaraz potem rozpoczął swą szaleńczą drogę powrotną. Siedziałem obok i nie mogłem z siebie wykrzesać nawet słowa. Przemożne zmęczenie i bezsilność owładnęły mną całkowicie. On pędził niczym w szaleńczej pogoni. Wieczorem przed północą dotarłem ponownie do Manali. Na drugi dzień dotoczyłem motocykl do wypożyczalni i wypożyczyłem nowego, wyglądającego dużo lepiej Enfielda 500.
- Ten motocykl będzie naprawdę dobry zachwalał właściciel. Teraz na pewno się nie zawiedziesz...

Po 3 dniach dojeżdżam do Leh

Leh jest miejscem szczególnym. Jest bardziej stanem ducha i umysłu, aniżeli punktem na mapie który jest łatwo znaleźć. Dla nielicznym, którym uda się tutaj dotrzeć jest bardziej poczekalnią, w której mieszają się miejscowa, najbardziej mistyczna, odmiana buddyzmu z zapachem cywilizacji.

Zresztą cywilizacja dociera tutaj w postaci szczątkowej na dachu rozklekotanego autobusu, udając pozostałości chińskich trampek, zegarków z plastiku, metalowych szybkowarów. Po długiej jeździe przez himalajskie przełęcze genialne wytwory zachodu obnażają własne ułomności i wady niewidoczne w lśniących supermarketach. Po przebyciu pewnej wysokości nad poziomem morza samoistnie ulegają kulturowej demitologizacji, stając się obiektem przestrzeni pozbawionym kontekstów znanych z Europy. Wydają się tutaj czymś abstrakcyjnym. I tak kiedy pytam o godzinę odjazdu autobusu przechodzącego mnicha ten patrzy na mnie ze zdziwieniem jakby nie wiedział o co mi naprawdę chodzi. Potem wyciąga z długiego rękawa własną rękę pokazując mi na udającym złoto pasku zegarek, zaklęty w odrętwieniu. Patrzę na mnicha i widzę jak uśmiecha się do mnie swoimi pogodnymi oczkami, pełnymi życzliwości. Nie mogę mu więc zadać kolejnego pytania - dlaczego nosi zepsuty zegarek.

Powoli wchodzę dalej i dalej do środka. Centrum życia miasta znajduje się na czterech niedużych ulicach. W dzień zmieniają się w popularny bazar, gdzie można kupić wszystko od cebuli i jabłek skończywszy na magicznych kamieniach.

Magiczne kamienie na bazarze położone koło produktów zachodnich świecą o wiele jaśniej swoim blaskiem. Nie ma sklepów z telewizorami, bo przecież można kręcić młynkiem. Nie ma dyskotek i telewizji. Nie ma całujących się par, bo okazywanie sympatii płci przeciwnej na ulicy jest oznaką złego wychowania. Nie ma krótkich spodenek, bo okazywanie owłosionych nóg na tej wysokości nie jest najlepszym pomysłem. Nie ma świętych krów tak namolnych w większości indyjskich miast. Na każdym kroku modlitewne młynki, którymi można pokręcić i zbawić własną duszę. Na wszelki wypadek sam również kręcę.

Z okolicznych wiosek przyjeżdżają setki wieśniaków, dla których Leh stanowi nie lada atrakcję i jedyne miejsce gdzie można udać się do fryzjera albo zrobić zakupy.

O dziewiątej wieczorem cały ruch zamiera. Próbuję dociec co można robić po tej godzinie. Pozornie nie ma nic do roboty. Chodzę po zaciemnionych uliczkach, gdzie oświetlenie nie zostało przewidziane w projekcie. Tytułem zalet w bramach nie ma grupek zblazowanej młodzieży, palącej skręty czy proszące o dolara na piwo. Można chodzić do woli bez projekcji przemocy serwowanej nam każdego dnia w Europie. Genialne.

Wszyscy o 10 zasypiają nie znając egzystencjalnych bezsenności i poczucia bezsensu. Jedyną grupą gwałtownie rozrabiająca w nocy jest grupa, wynędzniałych miejscowych psów. Po 3 dniach prób i błędów o dziwo sam zasypiam codziennie o 10. Ktoś powiedział, iż w życiu liczy się tylko to o czym myślisz 5 minut przed zaśnięciem. Wtedy zazwyczaj widzę śnieg i szczyty Himalajów.

Czas leci...

Nie chce mi się nigdzie dalej jechać. Kolejne dni spędzam w klasztorze w Hemis lub Tikse. Codziennie dojeżdżam z Leh tam nad ranem, a następnie uczestniczę w rytuałach. Robie zdjęcia i krzatam się nie wiadomo po co. Siedzę w kącie i wysłuchuję deklamowanych mantr. Jestem sam, europejczyków i turystów brak. Mnisi są pogodni i życzliwi i często częstują mnie ryżem. Przyjedź jutro - mówią - na obrzędy związane ze zniszczeniem Mandali. Miarowo wypowiadane przez wiele godzin mantry, również i mnie wprawiają w uspokojenie i stan dziwnego odprężenia. Zaczynam medytować a może tylko się wtapiam. W Hemis jeden z mnichów pokazuje postać oświeconego buddy. Mówi łamanym angielskim, myśląc, że jestem Amerykaninem. Kiedy mu daję dwa dolary ponownie otrzymuję opiekę dobrych demonów. Mam mu też przesłać zdjęcia. Przyglądam się codziennie tybetańskim rytuałom. Poznany mnich o imieniu Tashi codziennie wprowadza mnie w świat tajemnych obrzędów. Ustawicznie powtarzane mantry mają zapewnić mi opiekę przyjaznych duchów, gwarantujących opiekę w najtrudniejszych nawet sytuacjach. A poza tym pozbywam się negatywnych potencjałów. Wcześniej wiele sie  naczytałem o Ladakhu. Jednak to co zobaczyłem to zupełnie odmienne doznanie. Ludzie piszą, że Ladakh to jakaś mistyczna, tajemnicza, niebiańska kraina. Ksieżycowy kraj. Magiczny, niedostępny, tajemniczy itd.... Niewiadomo co sprawia iż ciągle w erze internetu, komputerów i kultury masowej Tybet , Ladakh i sama osoba Dalaj Lamy tak mocno fascynuje europejczyków. Czemu tak wielu młodych niemców i anglików, australijczyków bierze bezpłatne urlopy lub porzuca na kilkanascie miesięcy dobrze płatna pracę i wyjeżdza do Daramsali doliny Nubra i Leh. Czego szukają podróżując na dachach autobusow, na motocyklach Enfield i w zatłoczonych do granic możliwości ciężarówkach. Czy jest to pragnienie powrotu do czegoś co bezpowrotnie przemija w nepalskich i indyjskich wioskach. Czy poszukiwanie czegoś co tak trudno znależć w Europie i USA. Przez kilka miesięcy próbuję odnależć w Ladakh i to co w Europie juz dawno zostałe uznane za staromodne, przestarzałe i bezwartościowe. Czy mi się udało.???? Sam nie wiem na czym polega specyfika tego miejsca coraz bardziej niszczonego przez masowa turystykę. Być może za sprawą palonego wszędzie kadzidła , nade wszystko himalajów , niebo łaczy się  w Ladakhu  z  ziemią  tak harmonijnie,  a granica pomiędzy religią i rzeczywistością jest tak nikła i prawie niezauważalna jak nigdzie na świecie. Coś w tym jest, że Leh jest bardziej stanem ducha i umysłu aniżeli  realnym punktem na mapie. Dla nielicznych ,którym uda się tutaj dotrzeć  jest  poczekalnią, pomiędzy  mistycznym światem buddyzmu, a  zapachem zewnętrznego świata.

 

Klasztor w Tikse

SOS tibetan childern

Już miesiąc włóczę się po okolicznych  wioskach. W  Choglamsar gdzie urządzono obóz dla uchodzców tybetańskich i SOS tibetan childern na ulicy poznaję Manju . Ma nie więcej jak 10 lat i żarliwe potrzebę pokazania mi całego ośrodka dla tybetańskich  sierot. Chodzimy razem po całości i oglądamy poszczególne miejsca. Przechodzimy koło wysokiej obozowej  stupy, parterowych budynków gdzie urządzono sale wykładowe. Następnie idziemy do szpitala. Szpital jest zamknięty, bo nikt nie choruje. Tak twierdzi Manju. Pod numerem 17  wchodzimy do domu, w którym Manju mieszka z przybranymi rodzicami. Wychodzi przybrany tata i mama. Uśmiechają się do mnie soczyście i podajemy sobie ręce. Po chwili wysypuje się piętnaścioro rodzeństwa na placyku przed domem. Rozmawiamy i robimy zdjęcia . W końcu Manju trochę jakby zazdrosna o własne przybrane rodzeństwo prowadzi mnie do samego centrum . W centrum przy ogromnej obozowej stupie siedzimy i zajadamy indyjskie krakersy. Obok stoi  na metalowych wspornikach duża tablica przedstawiająca mapę z wyrysowanymi ręcznie szczegółami. Na mapie zaznaczona jest podziałka i miasta, które  Manju pokazuje mi swą małą rączką. Gdzieś na samym środku tablicy mała pokazuje mi Lhasę, świętą górę Khailash, a w końcu Leh , który znajduje się na samym skraju i jest niczym maleńka wysepka zalana wszchpotęnym kolorem czerwieni. Ta czerwień to himalaje mówi Manju. Ale ta czerwień to również Chiny zalewające całość dodaje jakby z zawstydzeniem . U góry widnieje duży napis  Tybet. Niedługo potem Manju  proponuje abym został jej przyjacielem . Jej bracia również nie chcą by być gorsi , więc wszyscy zostajemy  przyjaciółmi . W ogólnym poczuciu braterstwa  idziemy do małego sklepiku na długiej ulicy . Aby naszą przyjażń potwierdzić na wieczne czasy kupuję dużą torbę szklistych landrynek i krakersy . Potem mimo wszystko czuję jakbym tymi słodyczami chciał zalepić jakąś słodką tesknotę  jaką się wytworzyła w Manju .

 

 


1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 0.00 (0 Votes)

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Autoczesciexpert.pl