mototour.pl trasy motocyklowe miejsca przyjazne motocyklistom zloty motocyklowe

Mongolia motocyklem

+ 55
+ 39

Miejsce: Mongolia
Trasa: Szosa 80%, szutry 20%
Długość trasy: 18 tys. km
Średnie spalanie: 4-4,5 l
Opony: Mitas E07
Koszty paliwa: 3000 zł

( Dodaj opinie )

Postanowiłem popuścić nieco wodze fantazji i wyruszyć gdzieś nieco dalej na motocyklu. Do tej pory realizowałem rozmaite projekty, jednak na samym szczycie podróżniczych marzeń leżal wciąż pewien kraj, do którego jeszcze nie spróbowałem dojechać. Wiele wieków temu w te strony wybrał się Marco Polo. Tyle tylko, że on szedł pieszo, a ja mam motocykl. On doszedł w jeden rok, mi się może uda w kilka tygodni. Mowa o Mongolii - kraju, który od lat mnie fascynował. Nie dość, że leży dosyć daleko, to jeszcze obfituje w całkowicie odmienną kulturę, sporo tam jaków i innych wielbłądów itd. Poza w Mongolii przeważa buddyzm - nigdy nie byłem w takim kraju. Ze zdjęć bardzo mi się tam podobało. No nie, muszę tam pojechać. Kilka miesięcy przygotowań (ech..), wiele wyrzeczeń (jeszcze wi ększe ech..) i tak oto dnia 11. lipca Roku Pańskiego nr 2010 po raz ostatni sprawdzam, czy wszystko dopięte jest na ostatni guzik. Chyba jest. Żegnam się z Najbliższymi i wyruszam. Odwiedzam jeszcze przyjaciela w Bystrzycy i poraz kolejny zostaję z samym sobą na najbliższych kilka tygodni. Kiedyś to uczucie "samotności" robiło na mnie spore wrażenie, było czymś ekscytującym. Po latach podróżowania przeważnie w samotności to uczucie nieco osłabło. Kiedyś był strach - co też złego może się przytrafić? Teraz miejsce strachu zajęła bardzo stanowczo ciekawość - z pewnego rodzaju biernością ciekaw jestem, co się może ciekawego przytrafić.

Wjeżdżam na Słowację. Ależ ja lubię ten kraj. Porządne drogi i fajne widoki. Nocuję sobie tuż pod Spiszkim Hradem. W ciągu dnia było gorąco jak nie wiem, a w nocy lodówa. Nazajutrz wjeżdżam na Ukrainę. Kilka lat temu ten kraj wydawał mi się bardzo egzotyczny i ekscytujący. W międzyczasie kilka razy tam już byłem i teraz wszystko wygląda inaczej. Nadal bardzo lubię ten kraj, ale już odebrałem mu przydomek "egzotyczny". Tuż po wjeździe na Ukrainę zatrzymuje mnie milicja, ponieważ olałem znak STOP. No cóż, zdarza się :-) Natomiast postanowiłem, że nie będę płacić żadnych łapówek i zacząłem tłumaczyć Panom Władzom, że nie otrzymają odemnie żadnej hrywny. Pół godziny w plecy, ale obyło się bez straty kasy. Jadę na Lwów. Przed wjazdem do miast zatrzymują mnie żołnierze i każą pokazać dokumenty. Pytają się, czy mi się podobają ukraińskie dziewczyny. No ba! Jedne z najładniejszych, jakie widziałem. Mówią, że mogą mi załatwić Ukrainkę za żonę. No nieźle. Ale żenić to ja się później będę, narazie muszę jechać do Mongolii. Pogoda generalnie do kitu - stosunkowo zimno. Z Lwowa lecę do Kijewa. Nie mam zamiaru się tu zatrzymywać, więc od razu lecę dalej na Charków. Tam zatrzymuję się na cmentrarzu ofiar totalitaryzmu - miejscu pochówku tysięcy polskich oficerów. Kawałek stamtąd znajduje się olbrzymi pomnik głodomoru, który był efektem celowej polityki Stalina na Ukrainie. Przygnębiające miejsce. Z Charkowa do Rosji rzut beretem, toteż niebawem jestem na granicy. Przejście owej zajęło mi około dwóch godzin. Teraz już jestem nieco doświadczony i wiem, że na granicy nie wolno wykazywać żadnej pokory, tylko trzeba się pchać do przodu, mówić głośno, być niegrzecznym i zdecydowanie zarozumiałym. Teraz z kolei panują tutaj niezłe upały. Opłaca się wstać przed wschodem słońca i nacieszyć się chłodem. To się chyba nie podoba milicji, bo nieczęsto widzą motocyklistę o 4 rano. Któryś mnie nawet zapytał, czy jestem pijany. Drogi są narazie dobre. W głowie pozostaje świadomość, że czeka mnie około 6000km przejazdu przez Rosję, zanim bę dę w Mongolii.

Jestem w Rosji. Pierwszych kilka dni podróży było raczej chłodnych, teraz z kolei są upały i to koszmarne. Jedyne rozwiązanie to wstać w okolicach wschodu słońca i przynajmniej przez pierwszych kilka godzin jazdy zaznać przyjemnego chłodu. Problem z Rosją polega na tym, że to, co na mapie wygląda jak kawałeczek, to w rzeczywistości np. 500km i oznacza dzień jazdy. Mijam Woronież, Saratow, Samarę i inne miasta. Są z reguły kompletnie zakorkowane, co przy rosyjskim temperamencie oraz ich interpretacji bezpiecznej jazdy powoduje niejednokrotnie palpitację serca. W ciągu dnia temperatury osiągają takie wartości, że robię kilka godzin przerwy, trudno się jeździ w takich warunkach. Z drugiej strony niebardzo chce mi się jeść przy takich temperaturach, w ięc przynajmniej zaoszczędzę trochę grosza na później. Korzystanie z hoteli przy takiej pogodzie byłoby grzechem, toteż śpię sobie pod gołym niebem. Czasem na łące, czasem przy samej stacji benzynowej. Mija kilka dni, droga nudna jak flaki z olejem. Zero widoków, nawet nie jest jakoś szczególnie egzotycznie. Któregoś dnia rano zrobiło się nieco chłodniej i tak już pozostało przez cały dzień. Ale super! Mijam kolejne megalopolisy i lecę dalej na wschód. W Ufie spotykam fajnych Tatarów. Chyba już długo nie byli trzeźwi, niemniej rozmowa jest bardzo przyjemna. W końcu pojawiają się fajne widoczki wraz z wjechaniem do Baszkirii. Nocuję znów pod gołym niebem, co już nie jest wcale jakimś szczególnym pomysłem. Zimno jak jasny gwint. Wkrótce przejeżdżam przez Ural. Co tu dużo mówić - górki niziutkie, natomiast klimat pierwsza klasa! Jest przeraźliwie zimno (to jest to upalne lato?), w dodatku mocny wiatr i lekki deszcz. Kończą mi się ruble, więc w Czelabińsku szukam banku, gdzie mogę wymienić euro na ruble. No to teraz oficjalnie już jestem na Syberii, ponieważ przejechałem przez Ural. No zimno tu jest. I coś mi się wydaje, że im dalej na wschód, tym może być zimniej. Przejeżdżam przez Jekaterinburg i postanawiam na próbę spać pod gołym niebem w samym tylko śpiworze. Dobrze jest. Zimno, ale da się przetrwać. Drogi czasem są bardzo dobre z nowym asfaltem, a czasem to jakaś pomyłka. Przyroda wygląda nieco inaczej, czuć powiew jakby północy. O ile akurat są dobre drogi - jazda to czysta przyjemność. Śmieję się z tego, że kilka lat temu zawsze bardzo długo szukałem odpowiedniego miejsca na nocleg na dziko - a teraz po prostu jak mi się chce spać, to zjeżdżam 20 metrów z drogi w jakieś krzaki lub chowam się za drzewem i nyny. Czasem można spotkać jakiś Europejczyków - np. grupkę trzech terenowych samochodów ze Słowacji jadących do Władywostoku czy też dwóch motocyklistów z Hiszpanii przemierzających całą Azję. Konkretnym problemem na Syberii są komary. Byłem kiedyś w Skandynawii i bardzo mnie wszyscy przestrzegali przed komarami, jednak w rzeczywistości nie było tak źle. Natomiast na Syberii to po prostu kosmos, porażka na całego. Najgorzej jest od momentu zachodu słońca. Coś trudnego do opisania. Chyba koniec już ze spaniem pod gołym niebem. Lecę na Nowosybirsk. Pogoda się psuje, zimno. Zobaczymy, jak będzie dalej.

Trzynasty dzień podróży. Rozważam opcję przejścia na zabobonizm. Zaczyna padać, po chwili masakrycznie leje. Nawet bardzo nie ma się gdzie zatrzymać, w sumie i tak jestem już mokry, więc nawet nie ma po co. Jadę na Kremowo. Jestem już cały mokry, w dodatku zimno jest, a ja głodny. Zatrzymuję się na stacji benzynowej, by coś zjeść. Stawiam motocykl na podnóżek boczny i w pół sekundy leżę na ziemi razem z nim. Podnóżek złamany. No elegancko. Leje, jestem mokry, motor trzeba pospawać, a nawet nie mam go jak położyć czy oprzeć. Dopchałem motor do spawacza, ale spawarka mu się popsuła, więc mi nie pomoże. Daje mi namiary na innego spawacza. Spawarka jest, ale z kolei nie ma już spawacza. Udaję się w trzecie miejsce i znajduję odpowiedniego człowieka, który w kilka chwil zespawał, co było t rzeba. Pytam się, ile za naprawę. Oczywiście nic. Pomyślałem, że dzisiaj może się prześpię w hotelu, by się trochę wygrzać i wysuszyć ubranie. No powiem wam, że z hotelami w Rosji wcale nie jest tak łatwo. Najpierw w kilku miejscach nie mieli jedynek i musiałbym wynająć cały drogi kilkuosobowy pokój, a gdzie indziej usłyszałem, że nie przyjmą mnie do hotelu, bo nie mogą brać obcokrajowców. Dziwna polityka. Nie wiem, czy poskutkował mój urok osobisty czy też była to kwestia mojego desperackiego wyglądu, ale w końcu pani się zgodziła i przespałem się w hotelu, chociaż pani z hotelu mogła za to oberwać niezły mandat. Mijam Kemerowo i dalej na wschód.

Przejeżdżam Krasnojarsk, gdzie na liczniku motocykla pojawia się 100.000km, a następnie Kansk, po przejechaniu którego droga zamienia się w abstrakcyjny niebyt. Kilkaset kilometrów bez asfaltu. Jazda po szuterku, kamieniach, żwirze itp. Zrobiła się w końcu noc, ale akurat mamy pełnię i jest bardzo dobra widoczność nawet przy wyłączonych światłach. Znajduję czynną restaurację, zamawiam jakieś jedzenie, po czym zasypiam na stole. Za kilka godzin się budzę i jadę dalej. Czasem jest asfalt, czasem brak. Spotykam Michaila z Czukotki, który podróżuje motocyklem do Europy i z powrotem na Czukotkę. Co za poryp. Uwielbiam takich ludzi z ułańską fantazją. Po jakimś czasie dojeżdżam w końcu do Irkucka. Sporo tu motocyklistów. Pomyślałem, że może prześpię się gdzieś tanio i zobaczę miasto. Wchodzę do jakiegoś hotelu, mówią mi 90 euro za noc. No pogięło ich. Po dłuższym poszukiwaniu ląduję w fajnym hostelu za normalne pieniądze. W końcu będzie miał miejsce jakiś przejaw higieny u piszącego ten tekst, poza tym jest internet, pralka, no po prostu cud, miód i orzeszki. Pytam lokalnych motocyklistów, gdzie tu można olej wymienić. Jeden z nich mnie zaprowadza. Chce mi pomóc i niechcący mi zniszczył jedną śrubę, przez co leciutko cieknie olej z motocykla. Takie zjawiska powodują, że nieuchronnie puszczam niesamowicie poetyczną wiązkę słów powszechnie uważanych za obelżywe. Nazajutrz jadę do serwisu, gdzie ktoś mi naprawia motocykl i jest ok. Sam Irkuck to w sumie ładne miasto. Z reguły nie znoszę dużych miast, Irkuck jest w porzo, dosyć dostojne i eleganckie miasto. Spędzam jeszcze jedną noc w hostelu, po czym opuszczam miasto. Pora w końcu zobaczyć ten Bajkał! Robi się zimno, mokro, wietrznie i w ogóle do *upy, ale Bajkał oferowanymi widokami wszystko wynagradza, naprawdę. Po kilku tygodniach nudy, gdzie jedynym momentem typu "och" oraz "ach" był przejazd przez Ural, znów w końcu jest ciekawie. Jest niesamowicie zimno (środek lata!!), od jeziora nieźle ziąbi. W sumie bardzo nie ma się co dziwić, skoro temperatura wody wynosi ledwo 5-6 stopni. Kraj obraz mocno się zmienia po wjechaniu do Buriacji. Zaczynam być lekko podekscytowany, bo do Mongolii pozostaje ostatnich kilkaset kilometrów....

 

Ostatnich kilkaset kilometrów do Mongolii. Kurczę, od kilku lat marzyłem o tym, by się tutaj wybrać. Pogoda nie daje za wygraną i w coraz bardziej wymyślny sposób urozmaica moje życie. W nocy była niezła wichura i przede wszystkim zimno. Teraz mała dygresja: moim prezentem od natury jest to, że stosunkowo dobrze znoszę niskie temperatury. Kiedy jestem w Cieszynie i wszyscy już chodzą w swetrach i dygotają z zimna, to ja chodzę po mieszkaniu boso, krótkie spodnie, śpię przy otwartym oknie itd. Uwierzcie mi więc, drodzy Czytelnicy, że kiedy mówię, że jest zimno, oznacza to, że jest naprawdę ZIMNO. :-) Ale wróćmy do Mongolii. A więc pierwszy raz w życiu przytrafiło mi się, że obudziłem się z zimna, ponieważ nie dało się spać. To ma być środek lata? Miałem nieco odmienne wyobrażenia o końc ówce lipca. Rano deszczu nie ma, pozostał natomiast spory wiatr. Pędzę do ostatniego miasta po rosyjskiej stronie o nazwie Kiachta. Droga jest przyjemna, nawet bardzo. Granica Rosji z Mongolią stanowi miłe zaskoczenie - ponad godzinę po rosyjskiej stronie i około godziny po stronie Mongolii, ostatnie stempelki i wio! Sam początek Mongolii to straszny syf. Brud, kurz, nieład, porozrzucane wszędzie rzeczy o trudnym do określenia przeznaczeniu, śmieci itp. Przejeżdżam przez miasto o nazwie Darchan. No niefajne. Jednak wkrótce pojawiają się takie widoki, że szok. Powoli zaczynam dostrzegać to, co najbardziej chciałem zawsze w Mongolii zobaczyć, a znałem do tej pory tylko ze zdjęć. Chodzi mi po prostu o przestrzeń. Coś naprawdę trudnego do opisania - niby zwykłe górki (w dodatku wcale nie wysokie), pagórki i wszechogarniająca zieleń. A jednak to właśnie takie widoki przyciągnęły mnie tutaj. Mimo późnej pory jad ę jak najdłużej, by nazajutrz dotrzeć jak najszybciej do Ułan Batoru. W zasadzie nie mam przy sobie jedzenia ani picia, kończy mi się benzyna, lokalnej waluty brak, banki pozamykane. W którymś sklepie pozwalają mi zrobić zakupy za ruble, więc nie zginę z głodu. Rozbijam namiot, pierwsza noc w Mongolii oczywiście musi być na dziko. Co jakiś czas słyszę wycie psów. Trochę mnie to niepokoi, bo słyszałem, że z dzikimi psami są problemy w Mongolii. Wycie ucicha. W pewnym momencie widzę dwa sporej wielkości pieski biegnące w moją stronę. Wyglądają, jakby się ścigały, który mnie wcześniej pożre. Do namiotu już nie zdążę wskoczyć, więc zaciskam pięści i szykuję się, że zaraz będzie niezła szarpanina. A tu nagle zaskoczenie - pieskom się nagle całkowicie odmieniło, zaczęły machać ogonami, chcą się bawić. Dałem im trochę jedzenia. Pieski wyglądały na zaskoczone faktem, że dostają jedzenie od intruz&oac ute;w. W nagrodę śpią przy moim namiocie i pilnują mnie. Rano pakuję się i odjeżdżam. Patrzę w lusterko - oba psy długo za mną biegną. Ciekawe. Mijam kolejne miasto o nazwie Suchbator. W sumie nic ciekawego dla mnie. Jadę dalej do stolicy. W baku resztki paliwa. Nagle paliwo się skończyło, ale za to z klasą - na przedmieściach Ułan Batoru, w dodatku tuż obok stacji benzynowej. Nadal nie mam lokalnej waluty o trudnej do wymówienia nazwie, więc trochę czasu spędzam na znalezieniu kogoś, kto mi wymieni parę dolarów na tugriki. W końcu się udaje, tankuję do pełna, następnie kilka godzin szukam jakiegoś lokum dla siebie, motocykl odstawiam na strzeżony parking i najbliższych kilka dni planuję posiedzieć w stolicy. Wybieram się na rynek o nazwie Suchbaatar. W sumie troszkę niespecjalny, ale to właśnie tutaj 20 lat temu pojawiły się zalążki demokracji Mongolii. Zwiedziłem Muzeum narodowe Mongolii - no powiem wam, że o ile d obrowonie nigdy nie chodzę do żadnego muzeum, to tutaj było naprawdę fajnie. Idę do kafejki internetowej, kontaktuję się ze światem i informuję wszystkich, że jeszcze żyję. Zwiedzam muzeum przyrody - no naprawdę byłem zachwycony. Mieli kilka olbrzymich szkieletów dinozaurów. Pogoda się trochę psuję, więc znów siedzę na necie. Chcę się udać do muzeum-klasztoru Czojdżinlamy, ale mają zamknięte. Zwiedzam w takim razie inny klasztor o nazwie Dajszczollin. Pierwszy kontakt z buddyzmem.


Co do Mongołów - wybitnie niski naród. Ja wzrostem nie grzeszę, a jednak podczas całego pobytu w Mongolii tylko dwa razy spotkałem kogoś wyższego niż ja. Dzięki temu nawet o północy chodziłem sobie spokojnie po mieście. Po kilku dniach spędzonych w stolicy uciekam stąd czym prędzej - miasto jest niewiarygodnie wręcz toksyczne - w sumie skupia się tutaj więszkość krajowego przemysłu, dzięki czemu po kilku dniach czuję, że pora najwyższa opuścić już to miasto i udać się gdzieś "na wieś".

Nieco nerwowo spoglądam w mapę. Wychodzi na to, że się zgubiłem. Nie mogę tylko zrozumieć, w jakiż to magiczny sposób udało mi się zabłądzić na tak prostej trasie do granicy. A jednak. Pytam się lokalnych, gdzie ja to jestem, ale wychodzą na jaw pewne moje braki w języku mongolskim. Coś powoli zaczynam rozumieć i domyślam się, że wyjechałem ze stolicy w złą stronę. Jadę jeszcze kawałek, po czym widzę drogowskaz na Karakorum. W tym momencie już według mapy mogę ustalić swoje położenie. Na początku ogarnia mnie złość, bo przejechałem niepotrzebnie sporo kilometrów. Szybko jednak mi się odmienia, ponieważ widoczki są super, a droga narazie dobra. Jedynym kłopotem jest brak tugrików (lokalna waluta), ponieważ wymieniłem je wszystkie z powrotem na dolary - myślałem, że skoro wyjeżdżam z kraju, t o już ich nie będę potrzebował. W pewnym momencie niezłe zaskoczenie. Z naprzeciwka jedzie motocykl, a na nim dziewczyna z Francji! Jest od dwóch miesięcy w drodze. Przemierza całą Azję, jej celem jest Japonia. Ledwo udaje mi się dotrzeć przed deszczem do Karakorum i ulokować się na noc w jurcie dla turystów. Nawet nie jest aż tak kosmicznie drogo, bo 15 dolarów + zapłaciłem dodatkowych 9 dolarów za kolację oraz śniadanie. Nazajutrz wracam do Ułan Batoru, by spędzić tam ostatnią noc w Mongolii, po czym opuścić kraj i wjechać do Rosji.

W Ułan Batorze nocuję w tym samym hostelu, w którym spędziłem już wcześniej kilka nocy. Motocykla nie odstawiłem na parking, bo wydawało mi się, że ten parking wcale nie jest taki bezpieczny. Zanim zdążyłem wymyśleć, gdzie go można bezpiecznie zostawić na noc, już ktoś się do niego dobrał i ukradł mi sporo bagażu. Straty materialne w sumie niewielkie, natomiast z winęli mi same przydatne rzeczy - ciepłe ubrania, ładowarki do telefonu i aparatu itp. Wkrótce przyjechała policja (sic), rozpoczęło się przesłuchiwanie i inne atrakcje. Panowie władza zapewnili mnie, że teraz cała policja w Ułan Batorze szuka moich koszulek. Następnego dnia z rana poznaję Hectora - motocyklistę z Meksyku, który odbywa właśnie podróż dookoła świata. Pech chciał, że na pustyni Gobi (gdzie też chciałem jechać) miał wypadek i złamał rękę. Teraz musi czekać w stolicy, zanim ręka mu wydobrzeje. Pomyślałem, że to może jakiś znak. Wyjeżdżam ze stolicy, tym razem w dobrą stronę. Dojeżdżam wieczorem do granicy. Zamknęli mi ją przed nosem i kazali przyjechać następnego dnia. Grrrr. No dobra. Nocleg na łące, następnego dnia pojawiam się znów na granicy. Spora kolejka samochodów, więc już po chwili się nudzę i pcham się bez kolejki do przodu. Odprawa po mongolskiej stronie zdaje s ię nie mieć końca. Nawet bagaż mi przeszukują. Rosjanie wszystkie formalności załatwiają szybko i sprawnie. Jadę do Ułan Ude. Najbardziej ze wszystkiego cieszyłem się, że w Rosji w ko
ńcu uda mi się zjeść coś normalnego i mój żołądek odżyje. Dopiero teraz po wjeździe do Rosji uświadomiłem sobie, że w Mongolii w ogóle nie było drzew! Klimat tu Rosji panuje ciekawy. Gdy się stoi - jest bardzo ciepło. Natomiast podczas jazdy robi się bardzo zimno. Dojeżdżam w nocy do Irkucka. Zaczyna padać. Lać. Od tej pory deszcz i zimno zaczynają być moimi wiernymi towarzyszami podróży. Z każdym dniem robi się coraz zimniej. Do domu już tylko 8000km.

Zimno. Pada. A jak akurat nie pada, to leje. Minąłem Irkuck i lecę na zachód. Byle do domu. Czasem deszcz pada przez godzinę. Czasem kilka dni w kawałku. Na rękach mam cieniutkie dziurawe rękawice - moje grube mi ukradli w Mongolii. Całe ubranie motocyklowe ma to do siebie, że szybko przemaka. I wówczas w sumie nic wiele nie pomaga, że zatrzymuję się w ciepłej knajpie, by zjeść obiad - siedzieć w mokrym ubraniu to wątpliwa rozkosz. Jest środek nocy. W końcu napotykam na jakąś restaurację. Zamawiam jedzenie, po czym proszę, by mi pozwolili zostać kilka godzin w restauracji. Śpię na stole. Zostaję do 6 rano, po czym się zbieram. Ku mojemu zaskoczeniu nadal pada. Po godzinie jazdy ponownie się zatrzymuję na obiad. Już chce się położyć spać, a tu nagle dosiada się do mnie jakaś pani i pyta się po rosyjsku, czy z nam język angielski. Coś tam jeszcze po angielsku pamiętam, więc mówię, że znam. I w tym momencie rozpoczyna się jeden z bardziej niesamowitych monologów, jakie kiedykolwiek słyszałem - otóż pani mówi mi, że słyszy głos Davida Copperfielda i musi się z nim skontaktować przez policję Stanów Zjednoczonych. Ech, zebrałem się stamtąd. W końcu niemalże wieczorem trafiam na jakiś tani hotelik - pierwszy od wielu setek kilometrów. Nie było w nim wody, warunki ogólne takie sobie, ale nie pada w nim na głowę. Przynieśli mi jakiś grzejnik, bym mógł podsuszyć rzeczy. Szybko zjadam barszcz w restauracji i kładę się spać. Następnego dnia otwieram oczy, spoglądam na zegarek w komórce i stwierdzam, że w zasadzie już jest wieczór, a rzeczy jeszcze nadal mokre, więc zostaję jeszcze jedną noc. Nazajutrz - szok! Słońce! Wszyscy mi pisali smsy, że w całej Rosji grasują pożary, a j a tu widzę raczej skutki ulew. Raz udaje mi się nieco pobłądzić i podjeżdżam bardzo blisko Kazachstanu, ale po jakiś dwóch godzinach jazdy ktoś mnie uświadamia, że jadę w złą stronę. W pewnym momencie "in the middle of nowhere" kończy mi się benzyna. Na szczęście mam ze sobą kanister, w którym wożę kilka litrów paliwa tak na wszelki wypadek. Coraz częściej śpię na stole w restauracji - wynik lenistwa oraz chęć oszczędzenia czasu na rozbijanie i pakowanie namiotu. W Krasnojarsku stwierdzam, że nie mam już rubli, a więc potrzebuję znaleźć jakiś bank lub kantor. Znalazłem w końcu jeden o 17:10. Kto zgadnie, do której był czynny bank? Później przeprowadziłem skomplikowane obliczenia i wywnioskowałem, że i tak jest niedziela. Próbuję kupić ładowarkę do telefonu, ponieważ mi ją ukradli w Mongolii. Efekt jest taki, że telefon zaczął jakoś dziwnie świecić, po czym przestał w ogól e działać. No to teraz to już w ogóle cudownie - począwszy od tego momentu nie mam kontaktu z Europą. Lokalne telefony umożliwiają połączenia tylko z Rosją. Próbuję każdego dnia jechać jak najdłużej. Noce są coraz zimniejsze. Pociesza mnie tylko myśl, że za kilka dni przejadę znów przez Ural, a w Europie to już chyba będzie cieplej niż na Syberii. Każdy dzień wygląda tak samo - rano (możliwie wcześnie) pobudka, pakowanie sprzętu, po czym jazda aż do zachodu słońca. W ciągu dnia kilka przerw głównie na jedzenie. Nie oszczędzam już ani trochę na jedzeniu. Pomimo deszczu widzę olbrzymie połacia spalonej ziemi - jednak faktycznie kilka tygodni temu musiało tu być ostro. Jeszcze kilka dni jazdy i w końcu przejeżdżam przez Ural. Początkowo pogoda nadal nie rozpieszczała, ale jednak z czasem zrobiło się nieco cieplej. Chociaż nadal bez szaleństw. W pewnym momencie karimata żegna się z resztą bagażu i w pada mi w łańcuch i w tylne koło. Łańcuch spadł, coś tam się poniszczyło. Przez godzinę czy dwie próbuję nasadzić łańcuch, ale nie udaje mi się. Próbuję zatrzymać przejeżdżające samochody i proszę o pomoc. Zatrzymuje się Sasza, kilka godzin się z tym siłujemy, w końcu się udaje. Nie wziął ani rubla za pomoc. No to teraz już szybko do domu!! Wjeżdżam na Ukrainę. Granica poszła gładko. Na Ukrainie jedynym minusem są upierdliwi milicjanci. Jestem już jednak wyćwiczony i nie udaje im się ode mnie wyciągnąć łapówki. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że to wszystko już się kończy. Dwa miesiące sobie podróżowałem, interesowało mnie tylko, by mieć co zjeść i gdzie się przespać, reszta nie miała znaczenia. Teraz pora będzie wrócić do bardziej prozaicznych czynności. Szybko przejeżdżam przez cała Ukrainę, wjeżdżam w Medyce do Polski, lecę przez Rzeszów do Krakowa. Tam zatrzymuję się na kilka dni u brata. Cały czas lało. Pewnego dnia przestało, więc wyruszyłem do Cieszyna. Wszystko wyglądało śmiesznie. Wszystko było takie samo i różne zarazem. Nie będę się silił na żaden patos w ramach podsumowania - nie ma co ukrywać, że wyjazd do Mongolii był od lat moim marzeniem i dziwnym trafem udało mi się to jakoś sfinalizować przy pomocy najbliższych. Czy warto było? Wybierzcie się do Mongolii, potem mi powiecie :-)

fot i tekst: Piotr Cienciała

Profil autora :
Piotrek Cienciała
 
 

Dodaj komentarz

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu.

Kod antyspamowy
Odśwież

Komentarze   

 
+2 #1 Guest 2014-12-26 09:35
Witam Cię przeczytałem Twoja relacje i poczynania również planuje trasę w tamtym kierunku lecz przez Turcję Gruzję armenie tadzykistan kirgistan Uzbekistan Kazachstan a powrót przez nowosybirsk odbijajac na estonie łotwe i po polski. Daj mi jakiś kontakt do siebie chciałbym zapytać Cie o parę kwesti organizacyjnych i finansowych :) pozdrawiam Marcin
Cytować
 
mototour.pl: