Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
Wyprawa do Włoch
droga asfaltowa
Włochy
4313 km
2020
1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (2 Votes)

W erze koronawirusa wszystkie zimowe rozpiski i plany trzeba było mocno zmodyfikować albo włożyć do wyprawowej zamrażarki. Tak też stało się z naszą precyzyjnie zaplanowaną wyprawą do Rosji. Z bólem serca przekładamy ją na spokojniejsze czasy. Z początkiem wakacji pojawiło się jednak światełko w tunelu. Kolejne kraje zaczęły luzować obostrzenia i otwierać swoje granice dla podróżnych. Stwierdziliśmy, że udamy się tym razem na południe, a konkretnie do Włoch. Plan powstał dość szybko, a motywem przewodnim stało się zapalenie znicza na Polskim Cmentarzu Wojennym na Monte Cassino.


Wyruszyliśmy 2 sierpnia w składzie Mikołaj, Artur i ja. Pierwszego dnia w planach było dotarcie do Wiednia, aby odwiedzić wzgórze Kahlenberg. To stamtąd runęła na Turków husarska nawałnica dowodzona przez Króla Jana III Sobieskiego w 1683 roku. Nie minęło kilka godzin naszej podróży, a już coś ciekawego zaczynało się dziać. Otóż podczas spożywania obiadu w jednym z przydrożnych barów podeszła do nas miła pani zainteresowana tym gdzie podróżujemy. Oświadczyła, że jest akurat przewodniczką w Wiedniu, ale jedzie teraz do Polski. Dała nam nr do księdza Romana opiekującego się kościołem na Kahlenbergu. Powiedziała, żeby śmiało do niego dzwonić, bo ksiądz zawsze chętnie gości przybyszów z Polski. Tak też zrobiliśmy i mówiliśmy się na następny dzień.


Normalnie wjechalibyśmy na wzgórze, zrobili kilka fotek w deszczowej aurze i pojechali dalej. Tymczasem ksiądz Roman przyjechał specjalnie dla nas kilkadziesiąt kilometrów i w kościele św. Józefa zrobił nam blisko godzinny wykład z historii Odsieczy Wiedeńskiej. Nie był to jednak zwykły wykład przynudzającego nauczyciela od historii. Ksiądz Roman to znakomity mówca, patriota i pasjonat historii. Każdemu z nas co najmniej kilka razy zakręciła się łza w oku i włosy na rękach dęba stanęły! Szczerze polecam każdemu wypad do Wiednia i spotkanie z księdzem. Kierunek w sam raz na weekendowy wypad.


 
Pożegnaliśmy się niestety z Arturem i z Wiednia udaliśmy się w kierunku Wenecji. Całą drogę jechaliśmy na zmiany w deszczu, ulewie albo w deszczu. Przemokliśmy za wszystkie czasy! Na nocleg dojechaliśmy do Marghery. Daliśmy sobie dzień na suszenie ciuchów, a czas ten przeznaczyliśmy na zwiedzanie Wenecji. Marghera to dobre miejsce wypadowe dla motocyklistów. Można tu spokojnie zostawić motocykl w hotelu lub na publicznym parkingu i w kierunku Wenecji udać się pociągiem. To chyba najlepsze rozwiązanie.


Gdy udało się wyschnąć skierowaliśmy się na południe. Jadąc wśród malowniczych apenińskich krajobrazów przemieszczaliśmy się w stronę Monte Cassino.
 
Na jednym z przystanków okazało się, że jadę bez tablicy rejestracyjnej. Pożyczyłem „grande pena” w jakimś barze i na kawałku kartonika domalowałem numery. Dojechałem tak niezaczepiany przez żadne służby do domu.


 
Gdy dojechaliśmy na Monte Cassino, było już późne popołudnie. Polski Cmentarz Wojenny robi niesamowite wrażenie. Co chwilę coś człowieka ściska za gardło… Bardzo zadbane miejsce. Nasi bohaterowie doczekali się godnego upamiętnienia na włoskiej ziemi. Ponad 1000 młodych ludzi oddało życie, aby zdobyć to wzgórze… ale zrobili to. Będąc tam widać dopiero jakie zadanie przed nimi stało. Oglądając zdjęcia czy filmy nie ma się tej perspektywy jak będąc tam na miejscu. Klasztor nie jest umiejscowiony na jakiejś pierwszej lepszej górce. To naprawdę potężna góra o strategicznym znaczeniu ze znakomitym polem do ostrzału. Niemcy strzelali tam do atakujących jak do kaczek … Zapaliliśmy wieziony z Polski znicz. Misja wykonana i teraz można było już na luzie kierować się na północ. Może nie zupełnie na luzie bo ta malowana tablica rejestracyjna była pewnym dyskomfortem w podróży. Stwierdziliśmy że nocować będziemy dzisiaj w Rzymie i tam też się udaliśmy.
 
Do Rzymu dojechaliśmy już w nocy. Szybka rezerwacja hotelu na portalu booking i jedziemy pod wyszukany adres. Na miejscu okazuje się, że hotel zamknięty jest na cztery spusty. Wisi jednak jakaś karteczka w języku włoskim. Translator mówi, że trzeba jechać pod inny adres, bo tu jest remont. Na miejscu okazuje się, że nie mają parkingu. Podczas wyszukiwania zwracałem szczególną uwagę na to, żeby parking był w ofercie hotelu. Taka opcja była dostępna w ofercie za dodatkową opłatą. Po krótkiej spince recepcjonista znalazł jednak kilka metrów kwadratowych dla naszych maszyn, a my po wypiciu zimnego browara padliśmy ze zmęczenia.
 
Następny dzień to zwiedzanie Rzymu. Obskoczyliśmy obowiązkowe punkty i zrobił się wieczór, a my mieliśmy w nogach jakieś 15 km. Zgodnie stwierdziliśmy, że jedziemy nad morze trochę odpocząć. Tym sposobem następnego dnia dotarliśmy na camping w Gianelli. Fajne to miejsce. Zero zagranicznych turystów. Miejscówka typowa na wakacje dla miejscowych. Cisza, spokój, zimne piwsko… Po drodze jednak widuje się fajne rzeczy. Widzisz coś ciekawego. Mówisz łał! Trzeba wrócić, zobaczyć co tam jest ciekawego.

Podczas jednej z takich nawrotek delikatnie cofając, odbiłem się od krawężnika, a motocykl poleciał w kierunku asfaltu. Walczyłem jak lew. Niby trochę siły jeszcze zostało, ale jak ponad 400 kg leci w kierunku ziemi to pozamiatane. Na szczęście nic złego się nie stało i maszyna nie ucierpiała. Obiekt, który nas zainteresował to rzymski amfiteatr wykuty w skale. Mógł pomieścić ponad 9000 widzów podziwiających walki gladiatorów. Znajduje się w Comune di Sutri. Warto się na chwilę tam zatrzymać.
 
 
Relaksując się nad morzem, musieliśmy nieco zmodyfikować nasze plany. Coś mi mówiło, żeby nie kusić dalej losu i nie bujać się za dużo po Italii bez tej nieszczęsnej tablicy rejestracyjnej. W ambasadzie w Rzymie usłyszałem, że to nie ich sprawa i nie pomogą. Zdecydowaliśmy, że znad morza skierujemy się w kierunku Węgier. W planach była jeszcze północ Włoch. Chcieliśmy odwiedzić min fabryki Lamborghini, Ferrari, Bolonię itd… Zrobimy to innym razem.
Tymczasem po drodze znajdowało się miejsce, gdzie kręcono jedną z kultowych scen do filmu Gladiator z Russelem Crowe. Tego punktu nie wypadało opuścić! W internecie  znaleźć można kilka lokalizacji. Stanęło na tym, że zrobiliśmy chyba ze 100 dodatkowych km pośród toskańskich winnic, krążąc w tą i z powrotem. Dla tych widoków było jednak warto.

Toskania jest piękna. Zjeżdżając z głównych tras jeszcze piękniejsza...

Miejscówkę z filmu ostatecznie odszukaliśmy i można było jechać dalej. Gdyby ktoś szukał to najlepiej wpisać w google "De Cypresses The Gladiator".  


To był w zasadzie ostatni punkt z naszej nieco skróconej włoskiej wyprawy. Tęskniliśmy już za węgierską kuchnią i Balatonem. Wschód słońca zastał nas na autostradzie w Słowenii. Tam po przejechaniu 1100 km nasze organizmy powiedziały „dość”. Padliśmy gdzieś na stacji benzynowej, aby po godzinnej drzemce ruszyć dalej. Węgry to już jednak osobna historia…
 
 

Relacja filmowa na youtube




5 1 1 1 1 1 1 1 1 1 1 Rating 5.00 (1 Vote)
Tags:

Tours

© mototour.pl
X

Mototour.pl

Dziękujemy za wsparcie naszego portalu. Zależy ci na tej fotografii. Napisz do nas na adres